sobota, 15 czerwca 2013

Pierwszy wywiad - Piotr Kołodziejczak

Tak, jak obiecałam w dniu wczorajszym coś czego na blogu Książek świat jeszcze nie było. Tak, tak wiem myśleliście, że to zapowiedź konkursu, ale to jeszcze nie ta pora, nie ten czas. Dziś za to zapraszam do przeczytania wywiadu z Panem Piotrem Kołodziejczakiem, autorem takich tytułów jak:
"W kajdankach namiętności" (recenzja),
"Wschody do nieba",
"Bo wiesz..."
czy "Kobieta niespodzianka" (recenzja jeszcze dziś). 




KasikO: Jak wiadomo poza pisaniem, ma Pan jeszcze inne liczne zajęcia, pasje muzyka, firma kosmetyczna mnie ciekawi jak w tym wszystkim zaczęła się Pana przygoda z pisaniem, i jak Panu udaje się to wszystko połączyć?

piotr-kolodziejczakPiotr Kołodziejczak: Można powiedzieć, że było to naturalną konsekwencją mojej drogi zawodowej. Przez wiele lat pracowałem jako dziennikarz w jednej z agencji prasowych. Po jakimś czasie krótkie formy, jakimi są notki czy nawet artykuły, przestały mi wystarczać, a głowa pękała od pomysłów. Odszedłem z agencji i zacząłem żyć zawodowo na własną rękę. Pewnego wieczoru usiadłem z laptopem i zacząłem pisać „Wschody do nieba”. Przyznam szczerze, że moja pierwsza książka była dla mnie pewnym testem własnych możliwości, predyspozycji, ale też oceną tego, czy jest to zalążek pasji czy tylko przelotny romans z pisaniem. Naprawdę nie byłem zdecydowany, czy jeszcze kiedyś coś napiszę. Na wszelki wypadek w tej pierwszej mojej powieści zostawiłem sobie „furtkę” w postaci zakończenia. Jak się później okazało przeszedłem sobie przez nią do książki „Klępy śpią”, a przez kolejną „furtkę” do „Nie rób mi tego”. I w ten sposób powstała trylogia „Życia w życiu”. Tak jak Pani sama zauważyła, zajmuję się wieloma rzeczami równolegle. Większość moich zajęć można nazwać pasją, więc trudno jest z czegokolwiek zrezygnować. Z drugiej strony połączyć zajęcia i pasje nie jest łatwo, ale da się. Wystarczy urwać ze snu kilka godzin i pójść na trochę wyrzeczeń, i można sobie poradzić. Na pewno bodźcem do takiego życia jest miłość do tego, co się robi. Super, jeśli ktoś to doceni i powie miłe słowo, bo dla twórcy jest to najwyższe honorarium.

KO: Ostatnią książkę W kajdankach namiętności, określił Pan jako kryminał miłosny. Przyznam, że faktycznie podział obu wątków jest równomiernie rozłożony. Od początku pomysłu na książkę taki był Pana zamysł czy to wyszło samo w trakcie pracy nad książką? Takie pół na pół?

PK: Zamysł zawarcia w książce dwóch wątków, miłosnego i kryminalnego, pojawił się jeszcze przed jej napisaniem. Później proporcje same się rozłożyły... tak mi się przynajmniej wydaje. Możliwe też, że zadziałała tutaj moja podświadomość, która tym wszystkim pokierowała.

KO: Jak wspomniałam w recenzji, okładka przynajmniej do mnie nie przemawia i książka w moim odczuciu trochę na tym traci. Sama też pisuje na razie do szuflady, ale czasem mam już gdzieś z tyłu głowy jakiś obraz całości. Ciekawi mnie jak było w przypadku tytułu W kajdankach namiętności, były obrazy całości, jakie jeśli tak?

PK: Co do okładek moich książek, to zdaję sobie sprawę z tego, iż poddawane są krytyce. Cóż, akurat nie bardzo się na tym znam, nie jestem przecież grafikiem, więc trudno mi z tym polemizować. Każdy czytelnik ma swój gust. W moim przypadku, chcąc coś dobrego przeczytać, kieruję się najczęściej opinią rodziny, znajomych, recenzją lub po prostu opisem książki. Nie znaczy to oczywiście, że w przyszłości na sprawę okładki nie zwrócę większej uwagi. A jeśli chodzi o pojawiające się w mojej głowie obrazy... Nie, nie wiedziałem, jak się ułoży ta książka. Czasem jakiś poszczególny rozdział mógł być takim obrazem. W trakcie pisania wykreowałem kilka głównych postaci czy związków i ich historie rozwijałem lub nie, trochę tak na zasadzie serialu telewizyjnego. Zapewne dlatego pojawiają się czasem pytania, dlaczego nie pociągnąłem wątku Ireny i Kamila, albo Justyny i Karola, albo inspektora Kolskiego, i tak dalej. Proszę zauważyć, że powieść „W kajdankach namiętności” była najpierw publikowana w sieci, co tydzień w odcinkach, podobnie jak telewizyjny serial. Ciążyła na mnie ogromna presja czasu i związana z tym dyscyplina pracy. Inaczej pisze się książkę, która ma być tylko wydrukowana i przekazana do księgarń, a inaczej pracuje się nad takimi odcinkami. Zresztą niektórzy czytelnicy zwrócili uwagę na specyficzną konstrukcję tej powieści.

KO: W kajdankach namiętności stosuje Pan pewien zabieg nie często stosowany przez pisarzy. Przynajmniej dla mnie było to nowością. Nie bał się Pan, że może to wpłynąć na negatywny odbiór książki przez czytelników?

PK: No właśnie, w swoim poprzednim zdaniu, mówiąc o specyficznej konstrukcji powieści, nawiązałem do tego, bo jak się domyślam chodzi Pani o umieszczaniu w treści „W kajdankach namiętności” fragmentów innych moich książek. Jak już pośrednio wyjaśniłem, zabieg ten po części wynikał z formy serialowej pierwowzoru. Wydawało mi się, że wzbogacę tym treść wersji internetowej, poszerzę kontekst, odwołując się do podobnej problematyki występującej w innych moich książkach, które ukazały się drukiem. A czy się obawiałem, że wpłynie to negatywnie na odbiór? W ogóle o tym nie myślałem i ogromnym zaskoczeniem było dla mnie, że komuś to przeszkadza. Prawie cała książka czytana była w Internecie i problem nie istniał. Jeśli kogoś nie przekonałem, to zawsze rozwiązaniem jest opuszczanie tych fragmentów. Wiem też, bo otrzymuję takie maile, że po początkowym zaskoczeniu coraz więcej czytelników ten mój niezamierzony zabieg uważa za coś nowatorskiego, może ich to nie fascynuje, ale coraz bardziej pozytywnie intryguje. Początkowo zawsze tak jest, gdy nie jesteśmy z czymś nowym oswojeni. Zresztą nie jestem pierwszy, który we własną powieść wplótł fragment innej swojej książki. A tak na marginesie... Proszę zwrócić uwagę, iż dziś nikomu nie wpadnie do głowy, żeby zarzucić autoreklamę autorom powieści w rodzaju „Pamiętnik Bridget Jones”, czyli piszącym w całości od pierwszej osoby i często o sobie. A przecież, gdyby kogoś taka autopromocja drażniła, wówczas do przeczytania pozostałaby mu tylko okładka. Tymczasem książki te stają się bestsellerami, bo mają lekkie pióro, elastyczną formę i naprawdę fajnie się je czyta. Wracając do „W kajdankach namiętności”, myślę, że jeśli opisane historie komuś się spodobają, to powieść doceni i nie zdyskredytuje całej pracy autora.

KO: I chyba dość oklepane ostatnie pytanie w wywiadach z autorami. Czy trwają już pracę nad następną książką i kiedy można się jej spodziewać? Ewentualnie może Pan uchyli jakiś rąbek tajemnicy czego tym razem czytelnicy mogą się spodziewać?

PK: Tak. Na razie książka powstaje w mojej głowie. Będzie to zupełnie inna powieść niż ostatnie, nastrojowo bardziej zbliżona do „Nie rób mi tego”. W zasadzie mogłaby się ukazać na przełomie roku, ale dużo zależy tu od moich innych zajęć, głównie związanych z muzyką. Ta pasja zajmuje mi ostatnio coraz więcej czasu, urywa te nocne godziny, o których wspominałem na wstępie naszej rozmowy.

Panu Piotrowi dziękuję za rozmowę, wydawnictwu Borgis za jej umożliwienie, Wam za przeczytanie.



A popołudniu zapraszam ponownie do zajrzenia na bloga,
wtedy pojawi się recenzji innej książki Piotra Kołodziejczaka
"Kobieta niespodzianka"



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz wywołuje uśmiech dla tego dziękuje :)
Zapraszam do pozostania na dłużej. KasikO